Chojraki

Wiele lat temu, w wakacje po zdaniu matury wraz z przyjaciółmi postanowiliśmy się wybrać na kilka dni nad jezioro Nyskie. Namioty, wędki, różnego rodzaju weki i karty do gry to było nasze główne wyposażenie. Niestety mieliśmy ze sobą także młodziutkiego Haskiego, który dawał nam w kość, skrócenie go o ogon spowodowało, że biedaczek biegał w majtkach co wywoływało ogólną salwę śmiechu gdziekolwiek się pojawialiśmy. Rozbiliśmy się oczywiście z daleka od całego zgiełku, pod miłą skarpą ochraniającą nas z jednej ze stron. Dni upływały nam bardzo miło, wędki się moczyły, piwo się chłodziło a my ciupaliśmy w brydża. Połowy nasze były całkowicie nieudane, ale też nie o to nam chodziło w tym wypadzie. Jedyną rybę i to zdechłą przytargał nasz piesek, następnie ją zżarł, po czym zwracał dosłownie całą noc.

Pewnego dnia zaczęliśmy słyszeć dziwne głosy alarmowe. Okazało się po jeziorze pływali WOPRowcy i przez megafon ostrzegali biwakowiczów o nadchodzących zmianach atmosferycznych, które mogą nam zagrozić. Pomyśleliśmy sobie „burzy nie widzieliśmy?” i zwyczajnie w świecie zlaliśmy to. Owszem sprawdziliśmy mocowania śledzi w namiotach i tyle. Wróciliśmy do dalszego relaksu.

Pod wieczór sytuacja zaczęła się zmieniać dość szybko. Wpierw zaczął padać deszczyk, który coraz skuteczniej gasił nasze ognisko. Po pewnym czasie postanowiliśmy przestać moknąć i udaliśmy się do namiotów. Nie upłynęła godzina kiedy z nieba zaczęło walić grzmotami. Zerwał się bardzo mocny wiatr, który rozwiewał wszystko wokół. Wyglądając przez wejście namiotu obserwowaliśmy wydarzenia. Owszem widok był niesamowity, pioruny lądujące w wodzie robiły ogromne wrażenie. Jednak ich zwiększające się natężenie stawało się coraz bardziej przerażające. Wiatr był tak przenikający, że postanowiliśmy zasunąć się z namiotach i najzwyczajniej w świecie przespać złą pogodę.

Oczywiście łatwo jest powiedzieć „idź spać”, przy takiej burzy było to wręcz niewykonalne. Z pobliskich namiotów doszły nas odgłosy płaczu dziewczyny i głośnej modlitwy, które wywoływały jedynie gęsią skórkę. Po kilku godzinach wszystko w miarę ustało. Po przebudzeniu naszym oczom ukazał się widok jak po jakiejś bitwie, wszystko było rozwalone a niektórych rzeczy po prostu nie było. Gałęzie, konary drzew walały się po plaży, aż dziw że żaden z nich nie walnął w nas. Okazało się także, że inni biwakowicze z naszego sąsiedztwa mieli znacznie gorzej tej nocy. Ich dwa namioty zostały porwane przez wiatr do jeziora. Na szczęście udało im się wszystkim z nich bezpiecznie wydostać i przeczekać nawałnicę w innych namiotach. Sami stojąc na plaży zaczęliśmy się także zastanawiać, czy aby nasz wybór miejsca pod skarpą był odpowiedni, gdyż zauważyliśmy, że drzewa nad nią niebezpiecznie się osunęły. Tak naprawdę  to był prawdziwy cud, że nam się totalnie nic nie stało. Jeszcze tego same dnia zwinęliśmy się do domu. Ciekawostką było to, że tejże nocy wszystkie nasze weki skisły.

Historia tego wypadu nie jest może głównie o wędkowaniu, jednak warto się z nią zapoznać, gdyż wszyscy amatorzy kija mogą się kiedyś znaleźć w takim położeniu. Warto jest jednak posłuchać ostrzeżeń specjalistów, gdyż nie są one wyssane z palca.

Grzegorz